Z niecierpliwością czekałam na ten film, bowiem uwielbiam wszystko co przedstawia nam tak fenomenalną kobietę jaką była Marilyn Monroe.
Mam jednak mieszane uczucia.
Po pierwsze Michelle Williams. Owszem może i aktorka zagrała dobrze - nie znam się. Jednak mnie do kreacji postaci Marilyn nie przekonała. Była zbyt egzaltowana, te jej wieczne westchnienia, miny, zbyt przerysowane jak na mój gust. Zbyt sztuczne. Film pokazuje Marilyn jako słodką, rozhisteryzowaną, głupią blondyneczkę. Może właśnie takie było fatum aktorki, z którym walczyła całe życie. Nie chciała być postrzegana jako obiekt seksualny. Chciała być przede wszystkim dobrą aktorką, jednak nikt nie traktował jej poważnie.
"Wszyscy po prostu śmieją się ze mnie. Nie znoszę tego. Wielki cyc, wielka dupa, wielkie nic. Czy nie mogę być czymś innym? Boże, jak długo można być sexy"
"Blond włosy i biust, oto jak wystartowałam. Nie umiałam grać. Wszystko, co miałam,
to moje blond włosy i ciało, które podobało się mężczyznom. Ruszyłam z miejsca, bo miałam szczęście i spotkałam właściwych mężczyzn".
Film "Mój tydzień z Marilyn" opowiada o tygodniu jaki miał szczęście spędzić z nią tzw. trzeci asystent reżysera Colin Clark. Ambitny młody mężczyzna, 7 lat młodszy od 30letniej wówczas Marilyn. Jego celem jest zaistnieć w branży filmowej. Tygodniami czekał na wolny wakat dla niego. Jego determinacja i zaangażowanie w końcu zostało docenione. Znalazł się na planie filmu "Książę i aktoreczka" wśród takich sław jak: Laurence Oliwer, Vivien Leigh no i oczywiście Marilyn Monroe. Po czasie gdy reżyser zauważył jak Colin dobrze dogaduje się z Marilyn i jaką sympatią ona go darzy polecił mu być tak jakby ochroniarzem Marilyn. Jego zadaniem było towarzyszyć rozkapryszonej i nieobliczalnej Marilyn, obserwować ją i dawać znać, czy jest ona w stanie pojawić się na planie. Aktorka często się spóźniała, albo w ogóle nie przychodziła, tłumacząc się chorobą. Nikt w to nie wierzył, wszyscy uważali to za wynik rozkapryszonego charakteru aktorki. Już wówczas Marilyn miałą problemy z alkoholem i lekami nasennymi. Prawie codziennie potrzebowała wizyt u swojego psychoanalityka, na plan nie przychodziła bez słynnej Pauli, która ją wspierała i broniła przed surowym i pałającym do niej niechęcią reżyserem.
Film oglądało się przyjemnie. Kilka pięknych obrazków, gdy Marilyn jest w szczytowej formie, radosna jak
dziecko, szczęśliwa i zadowolona u boku Colina
.
Może to nie jest arcydzieło, ale uważam, że warto się zapoznać z tym filmem. Dzięki niemu obejrzałam kilka dokumentów na temat Marilyn. To była piękna, niesamowita, zagadkowa, odznaczająca się niebywałym blaskiem kobieta. Bardzo zagubiona w sobie, całe życie poszukiwała bezpieczeństwa i miłości. Miała 3 mężów, żaden z tych związków nie był dla niej dobry. Nękana złymi snami, chorowała prawdopodobnie na psychozę maniakalno - depresyjną. Zresztą w filmie było to umiejętnie ukazane. Jednego dnia Marilyn tryskała energią, jest szczęśliwa uśmiechnięta, a następnego zaniedbana, zapłakana, niezdolna nawet do wyjścia z łóżka.
"Czuję się, jakby to wszystko przydarzało się komuś tuż obok mnie. Jestem w pobliżu, czuję, słyszę, ale tak naprawdę to nie jestem ja."
Gdy oglądałam filmy z jej udziałem aż dech zapiera. Szkoda, że los tak tragicznie się z nią obszedł. Wielka strata. Piękna, niesamowita kobieta. Emanowała z niej wdzięczna kruchość i figlarna słodycz.
Oto jak sama Marilyn mówiła o sobie:
Marilyn uwielbiała czytać. W jednym z wywiadów wyznała, że uwielbia poezję Rilkiego i jego wiersze pozwalają jej przetrwać długie, bezsenne noce.
To co widać na tych oraz wielu innych zdjęciach zaprzecza schematowi głupiej platynowej blondynki.
Książki pochłaniają Marilyn całkowicie.
Gwiazda zdaje się nie zauważać aparatu i fotografa.
Przeszło 400tomowa bibloteka Marilyn zawierała takich klasyków jak: John Milton, Gustav Flaubert, Ernest Hemigway, Samuel Becket. Są pozycje jej trzeciego męża Arthura Millera, jak i biografie.
Była naprawdę dumna z tego, że poślubiła jednego z największych i najbardziej szanowanych amerykańskich intelektualistów.
Widać to zresztą na zdjęciu z 1952 roku, wykonanym przez Bena Rossa, na którym aktorka trzyma w ręku książkę swego przyszłego męża, czyli "Śmierć komiwojażera"

Jednak najbardziej znanymi zdjęciami Monroe są te wykonane przez Alfreda Eisenstaedta dla magazynu LIFE w 1953 roku.
Ja osobiście uwielbiam to właśnie zdjęcie :)
"Nie chcę się zestarzeć. Chcę zostać taka, jaka jestem. Nadal nie potrafię grać...naprawdę. Nie będę się już oszukiwać. Kiedy przeminie moja twarz i przeminie moje ciało, będę nikim... nikim... znów całkiem nikim".
No i nigdy się nie zestarzała. Dla nas na zawsze pozostanie boginią sexu i ikoną kobiecości.
"Ostatecznie jestem kobietą... i bardzo mnie to cieszy!"
:)
" Nieważne co o mnie sądzą, ważne żeby mnie kochali."
No i kochamy ją. Nawet po tylu latach wciąż kochamy słodką Marilyn:)
Mam jednak mieszane uczucia.
Po pierwsze Michelle Williams. Owszem może i aktorka zagrała dobrze - nie znam się. Jednak mnie do kreacji postaci Marilyn nie przekonała. Była zbyt egzaltowana, te jej wieczne westchnienia, miny, zbyt przerysowane jak na mój gust. Zbyt sztuczne. Film pokazuje Marilyn jako słodką, rozhisteryzowaną, głupią blondyneczkę. Może właśnie takie było fatum aktorki, z którym walczyła całe życie. Nie chciała być postrzegana jako obiekt seksualny. Chciała być przede wszystkim dobrą aktorką, jednak nikt nie traktował jej poważnie.
"Wszyscy po prostu śmieją się ze mnie. Nie znoszę tego. Wielki cyc, wielka dupa, wielkie nic. Czy nie mogę być czymś innym? Boże, jak długo można być sexy"
"Blond włosy i biust, oto jak wystartowałam. Nie umiałam grać. Wszystko, co miałam,
to moje blond włosy i ciało, które podobało się mężczyznom. Ruszyłam z miejsca, bo miałam szczęście i spotkałam właściwych mężczyzn".
Film "Mój tydzień z Marilyn" opowiada o tygodniu jaki miał szczęście spędzić z nią tzw. trzeci asystent reżysera Colin Clark. Ambitny młody mężczyzna, 7 lat młodszy od 30letniej wówczas Marilyn. Jego celem jest zaistnieć w branży filmowej. Tygodniami czekał na wolny wakat dla niego. Jego determinacja i zaangażowanie w końcu zostało docenione. Znalazł się na planie filmu "Książę i aktoreczka" wśród takich sław jak: Laurence Oliwer, Vivien Leigh no i oczywiście Marilyn Monroe. Po czasie gdy reżyser zauważył jak Colin dobrze dogaduje się z Marilyn i jaką sympatią ona go darzy polecił mu być tak jakby ochroniarzem Marilyn. Jego zadaniem było towarzyszyć rozkapryszonej i nieobliczalnej Marilyn, obserwować ją i dawać znać, czy jest ona w stanie pojawić się na planie. Aktorka często się spóźniała, albo w ogóle nie przychodziła, tłumacząc się chorobą. Nikt w to nie wierzył, wszyscy uważali to za wynik rozkapryszonego charakteru aktorki. Już wówczas Marilyn miałą problemy z alkoholem i lekami nasennymi. Prawie codziennie potrzebowała wizyt u swojego psychoanalityka, na plan nie przychodziła bez słynnej Pauli, która ją wspierała i broniła przed surowym i pałającym do niej niechęcią reżyserem.
Film oglądało się przyjemnie. Kilka pięknych obrazków, gdy Marilyn jest w szczytowej formie, radosna jak
dziecko, szczęśliwa i zadowolona u boku Colina
.
Może to nie jest arcydzieło, ale uważam, że warto się zapoznać z tym filmem. Dzięki niemu obejrzałam kilka dokumentów na temat Marilyn. To była piękna, niesamowita, zagadkowa, odznaczająca się niebywałym blaskiem kobieta. Bardzo zagubiona w sobie, całe życie poszukiwała bezpieczeństwa i miłości. Miała 3 mężów, żaden z tych związków nie był dla niej dobry. Nękana złymi snami, chorowała prawdopodobnie na psychozę maniakalno - depresyjną. Zresztą w filmie było to umiejętnie ukazane. Jednego dnia Marilyn tryskała energią, jest szczęśliwa uśmiechnięta, a następnego zaniedbana, zapłakana, niezdolna nawet do wyjścia z łóżka.
"Czuję się, jakby to wszystko przydarzało się komuś tuż obok mnie. Jestem w pobliżu, czuję, słyszę, ale tak naprawdę to nie jestem ja."
Gdy oglądałam filmy z jej udziałem aż dech zapiera. Szkoda, że los tak tragicznie się z nią obszedł. Wielka strata. Piękna, niesamowita kobieta. Emanowała z niej wdzięczna kruchość i figlarna słodycz.
Oto jak sama Marilyn mówiła o sobie:
Marilyn uwielbiała czytać. W jednym z wywiadów wyznała, że uwielbia poezję Rilkiego i jego wiersze pozwalają jej przetrwać długie, bezsenne noce.
To co widać na tych oraz wielu innych zdjęciach zaprzecza schematowi głupiej platynowej blondynki.
Książki pochłaniają Marilyn całkowicie.
Gwiazda zdaje się nie zauważać aparatu i fotografa.
Przeszło 400tomowa bibloteka Marilyn zawierała takich klasyków jak: John Milton, Gustav Flaubert, Ernest Hemigway, Samuel Becket. Są pozycje jej trzeciego męża Arthura Millera, jak i biografie.
Niewątpliwie duży wpływ na gust literacki Marilyn Monroe miał właśnie dramturg Arthur Miller spotkany w 1952 roku, którego aktorka poślubiła 29 czerwca 1956 roku.
Była naprawdę dumna z tego, że poślubiła jednego z największych i najbardziej szanowanych amerykańskich intelektualistów.
Widać to zresztą na zdjęciu z 1952 roku, wykonanym przez Bena Rossa, na którym aktorka trzyma w ręku książkę swego przyszłego męża, czyli "Śmierć komiwojażera"

Jednak najbardziej znanymi zdjęciami Monroe są te wykonane przez Alfreda Eisenstaedta dla magazynu LIFE w 1953 roku.
Ja osobiście uwielbiam to właśnie zdjęcie :)
"Nie chcę się zestarzeć. Chcę zostać taka, jaka jestem. Nadal nie potrafię grać...naprawdę. Nie będę się już oszukiwać. Kiedy przeminie moja twarz i przeminie moje ciało, będę nikim... nikim... znów całkiem nikim".
No i nigdy się nie zestarzała. Dla nas na zawsze pozostanie boginią sexu i ikoną kobiecości.
"Ostatecznie jestem kobietą... i bardzo mnie to cieszy!"
:)
" Nieważne co o mnie sądzą, ważne żeby mnie kochali."
No i kochamy ją. Nawet po tylu latach wciąż kochamy słodką Marilyn:)






