„... a wtedy wkracza wrzesień, ma granatowe oczy i senny uśmiech, Mona Lisa dwunastu miesięcy.”Przepiękna, lekko tajemnicza okładka zaprasza nas do zajrzenia do środka. A w środku czeka na nas prawdziwy rarytas. Napisana poetyckim, wysubliomowanym językiem debiutancka książka Barbary Piórkowskiej oczarowuje już od pierwszej strony. Zachwyca, skłania do przemyśleń, do zastanowienia się nad swoim życiem. Takie książki lubię bardzo.
Bohaterką książki jest Ola, która mieszka w Gdańsku, co dla mnie jest dodatkowym smaczkiem, bowiem lubię czytać o okolicach, które znam, w których sama mieszkam. Ola twierdzi, że w poprzednim wcieleniu była mężczyzną, dlatego teraz jest inna niż wszystkie dziewczynki, dlatego jest wyalienowana, żyje w swoim świecie, ma artystyczną duszę. Główna bohaterka jest jednocześnie narratorką i to ona zabiera nas w ciekawą opowieść o jej życiu, od urodzenia poprzez dzieciństwo, relacje z dziadkami, szkołę, aż wreszcie do czasów młodości, jej pierwszych zainteresowań malarstwem, aż sama staje się studentką Akademii Sztuk Pięknych. Artystyczna dusza bohaterki wyłania się na każdej stronie tej książki. Książka ta jest napisana tak pięknie,a zarazem z dużą dozą humoru, wręcz miejscami sarkazmu. Autorka malowniczo ubiera w słowa wszystkie wydarzenia z życia bohaterki. Fikcja miesza się z prawdą. Wyobraźnia z rzeczywistością. Pierwsze miłości, zauroczenia, miłość jej dziadków, to jest tak pięknie napisane, że nie sposób się oderwać. Nasza bohaterka dorasta na naszych oczach, poznajemy jak zmienia się jej światopogląd, a to wszystko podczas wielkich przemian Polski z PRL, Solidarnością i Wałęsą w tle.
Bardzo zachęcam do przeczytania tej książki. Mogę o niej napisać jednym prostym zdaniem, by nie zepsuć sobie smaku po jej przeczytaniu, by nie zatrzeć wrażenia, zbyt dużą ilością banalnych słów. Ta książka po prostu jest piękna.
„Gdzie jest ukryta miłość, w jakim szklanym naczyniu? W dzbanku, z którego nalewa się obficie, w starożytnej szklance z czasów socjalizmu, co parzy ręce metalową obudową, w kieliszku do wódki, szybko napełniającym i szybko pustym. No, gdzie się chowa.”

Już nawet okładka przyciąga uwagę ;)
OdpowiedzUsuńCudowne podsumowanie. Zainteresowałaś mnie tą książką.
OdpowiedzUsuńOkładka plus Twoje wrażenia po przeczytaniu książki sprawiły, że koniecznie dodaję do listy: "chcę przeczytać"! :)
OdpowiedzUsuńmuszę przeczytać!
OdpowiedzUsuńehh i kolejna książka, która mnie zainteresowała tylko kiedy by tu znaleźć na nią czas? :)
OdpowiedzUsuńWłaśnie szukałam czegoś do czytania :)
OdpowiedzUsuńMi też się podobała. Super o niej napisałaś.
OdpowiedzUsuńpodoba mi się ta recenzja i naprawdę zachęciłaś mnie do tej książki
OdpowiedzUsuńpodoba mi się ta recenzja i naprawdę zachęciłaś mnie do tej książki
OdpowiedzUsuńhttp://volver.ownlog.com/
Czytałam ją już jakiś czas temu, ale miło ją wspominam :)) Ciekawie o niej napisałaś, a to rzeczywiście bardzo piękna i nietuzinkowa książka :3
OdpowiedzUsuńCiekawy cytat (ten pierwszy), chociaż dla mnie Mona Lisą 12 miesięcy z sennym uśmiechem jest raczej listopad. Ale i tak najbardziej kocham październik :)
OdpowiedzUsuńMi też bardziej listopad pasuje do Mona Lisy z sennym uśmiechem:) A ja kocham wrzesień (dla mnie to jakiś nowy początek, mam więcej energii do działania:) i październik kocham bo piękny jest!
UsuńTylko niech nie marzną dłonie ;)
Usuń