wtorek, 19 marca 2013

Dziewczyna z sąsiedztwa - Jack Ketchum



"Nie powiem Wam o tym.
Odmawiam.

Są rzeczy, o których wiesz, że prędzej umrzesz, niż o nich komukolwiek powiesz.
Rzeczy, o których wiesz, że lepiej byłoby umrzeć niż je zobaczyć.
Ja je widziałem."

Sięgnęłam po tę książkę zupełnie nieświadoma treści jakie zawiera. Jedyne co wiedziałam, że to historia na faktach i że powieść ta została zekranizowana. Gdy tylko książka trafiła w moje ręce od razu ściągnęłam film. Książkę przeczytałam od razu, wręcz ją pochłonęłam, choć to nie była przyjemna lektura. Filmu już nie obejrzałam.. Nie dałabym rady...

Małe, ciemne uliczki, przystrzyżone trawniki i przyjemne domy. Miła i spokojna okolica na przedmieściach. Jednak nie dla nastoletniej Meg i jej kalekiej siostry Susan. Dziewczynki po tragicznej śmierci rodziców trafiają pod opiekę ciotki Ruth. To co przytrafia im się w tym domu, to czysty koszmar. Ruth to samotna kobieta, wychowująca trzech synów. Jest mało przyjemna i nielubiana przez sąsiadów. Rzadko u niej ktokolwiek gości. Jedynie koledzy jej synów. Jednym z nich jest Dave. Chłopiec, z dobrej rodziny, który staje się niemym, bezsilnym świadkiem koszmaru, jaki spotyka dziewczynki. A szczególnie starszą z nich Meg.
Dave poznaje Meg nad rzeką. Dziewczyna urzeka go swoją dojrzałością, urodą, sposobem bycia. To piękna, dojrzała dziewczynka, która dużo już przeszła. Uczestniczyła w wypadku swoich rodziców, na ciele ma blizny, które nigdy nie pozwolą jej o tym fakcie zapomnieć, jej młodsza siostra do końca życia będzie kaleką. Siostry zostają sierotami, są zdane tylko na siebie. Mimo tych wszystkich nieszczęść, los szykuje im jeszcze gorsze doświadczenia.


"Dziewczyna z sąsiedztwa" to książka okrutna. Przedstawia ona całkowicie bezsensowną, nieumotywowaną przemocy. To książka o szaleństwie i złości, która tłumiona latami wychodzi na powierzchnie i celuje w całkowicie niewinne osoby. Książka ta, mówi też o bezsilności i zgrozie, która jednak niczego nie wnosi, nie popycha do zaniechania potworności.
Były momenty, że chciałam ją odłożyć i nigdy więcej do niej nie wracać. Nie mogłam uwierzyć, że w ludziach tkwi taka potworność, taka zwierzęca okrutność. Jakie są granice do których może posunąć się człowiek w swoim okrucieństwie? Ta książka pokazuje, że dla niektórych ludzi takich granic nie ma.
To książka na wskroś przejmująca. Tym bardziej, że ma się świadomość, że te wszystkie makabryczne rzeczy, zdarzyły się naprawdę. Przytrafiły się niewinnej, wrażliwej dziewczynce, której wcześniej i tak los już nie oszczędził. Za co? Dlaczego? Dlaczego na ludzie jest tyle zła? Dlaczego ludzie są tacy potworni, okrutni? Skąd to się bierze ta cała makabra w nich?
Tak bardzo żal mi było małej Meg i jej kalekiej siostry Susan, która musiała być świadkiem okrucieństw i bezeceństw popełnianych w stosunku do jej siostry. To było takie prymitywne, podłe, okrutne!
Czułam się jak Dave, który był tylko świadkiem.. Nie mogłam zrozumieć jego bierności.. Fakt, że to tylko dziecko, ale miał wpojony już jakiś system wartości, odróżniał dobro od zła. Dlaczego nie powiadomił rodziców? Dlaczego nic, nie zrobił kiedy jeszcze można było. Pierwsza próba jego pomocy przyszła zdecydowanie za późno, gdy wszystko zaszło już zdecydowanie za daleko...

To mocna, przerażająca lektura, która wręcz fizycznie boli, trzyma w napięciu i niemożliwie smuci.
Nie można przejść obojętnie obok tej książki. To nie jest powieść dla ludzi o słabych nerwach. Ja przeczytałam ją szybko! Byle tylko mieć ją za sobą.. Nigdy do niej nie wrócę, ale ciągle będę mieć w pamięci małą Meg, która poniosła aż tak wielką ofiarę.. Ofiarę czyjegoś szaleństwa, głupoty i okrucieństwa...

„Ból może działać od zewnątrz. Mam na myśli to, że czasem to, co widzisz, jest bólem. Bólem w najokrutniejszej, najczystszej formie. Bez lekarstw, snu czy nawet szoku lub śpiączki, które mogłyby cię otumanić.”

poniedziałek, 18 marca 2013

wiosenny plan naprawczy:)

Od pewnego już czas wcielam w plan mój wiosenny plan naprawczy. Ogólne jego założenia to uporządkować przestrzeń dookoła siebie i zadbać o ciało. Czyli posprzątać na zewnątrz i wewnątrz :> Przeglądając różne blogi motywacyjne, natrafiłam na pomysł poukładania książek kolorami. To happyholic swoim postem o porządkach zainspirowała mnie do takiego ułożenia książek :) Akurat słuchałam listy przebojów trójki i gdy tylko przeczytałam jej post od razu zabrałam się za moje półki z książkami. Dzięki temu wreszcie pozbyłam się z nich kurzu;) Efekt końcowy jest taki:

Mi się podoba, zrobiło się tak optymistycznie:)

Na innym blogu znalazłam świetny pomysł na codzienną motywację. A mianowicie słoik wyzwań. Zrobiłam sobie takie dwa.
Jeden z zestawami ćwiczeń do zrobienia. Ćwiczenia o różnym stopniu trudności, ale założenie jest takie, że ćwiczę codziennie minimum 20 min. Ćwiczenia znajduję głównie na you tube. Chodakowska, Mel B., fitappy, Jillian Michaels - poukładałam je w zakładkach w lapku, zakładkę nazwałam Fitness i tym sposobem pozbyłam się problemu z wyszukiwaniem ćwiczeń. Na co traciłam kilka minut czasem;>
Drugi plastikowy słoiczek wisi u mnie sobie w kuchni na ścianie. Tam mam zadania dotyczące porządkowania przestrzeni wkoło mnie;) Tak więc co dzień po powrocie z pracy losuję zadanie do zrobienia w domu:) I jak na razie sprawdza się to u mnie:) Zobaczymy jak będzie dalej. Cel jest taki, że chcę mieć ładnie wszystko poukładane, wiedzieć gdzie co jest, każda rzecz musi mieć swoje miejsce, nie chcę tracić czasu /i nerwów/ na szukanie. Niedługo napiszę jaka książka zainspirowała mnie do takich porządków:) I bardzo, ale bardzo się zgadzam z tym hasłem:

Powiem, że czytanie takich blogów bardzo inspiruje i motywuje. Czytam je systematycznie i czytając jak inni sobie radzą, co robią ze sobą, swoim życiem, aż samemu chce się zacząć i próbować swoich sił na różnych polach.
I tak m.in. dzięki Scarletki znalazłam idealny zestaw ćwiczeń do stosowania przy biurku. I tak dzięki niej codziennie ćwiczę 10 min przy biurku w pracy;>



Ogólnie w moich założeniach planu naprawczego jest:
- pozbywanie się niepotrzebnych rzeczy, codziennie choć jednej. utrzymywanie ładu i porządku wkoło siebie:>
- więcej ruchu (plan na ten tydzień: codziennie trochę ćwiczeń: minumum 20min dziennie i minmum raz wyjście do fitness klubu)
- zdrowsza dieta: posiłki 5razy dziennie w równych odstępach czasu, powoli rezygnować ze słodyczy. Chciałabym by ten tydzień był tygodniem bez słodyczy, tym bardziej, że w weekend bardzo sobie pofolgowałam na tym polu. Czy mi się to uda? Będę się starać;)
- spacery: Jak na razie wychodzą mi one w niedziele i raz w tygodniu po pracy. Mam nadzieję to utrzymać, a nuż uda mi się 2 razy w tygodniu wyjść na spacer a w niedziele to juz obowiązkowo? Aura ku temu robi się coraz bardziej sprzyjająca.
Mój niedzielny spacer tym razem wypadł w Gdańsku, znów z dzieciakami sis. 3km w 40min:>
Było tak: Słonecznie i mroźno:-)




środa, 13 marca 2013

Łóżko - J.L. Wiśniewski



„Zakochanie jest mimo wszystko tylko rozjątrzeniem siebie, trudna do opanowania, natarczywie natrętną obsesją zajmującą cały czas i całą przestrzeń”

„Miłość, jeśli w ogóle, pojawia się później”


Te dwa cytaty to jedyny pozytyw jaki udało mi się wyłuskać z tej książki;)
Bardzo zawiodłam się na panu Wiśniewskim. Zresztą, zawiodłam to zbyt duże słowo. Od dawna już nie czytuję jego książek. Jakieś 10 lat temu miałam fazę na twórczość tego pana i obawiam się, że już z niego wyrosłam.
"Łóżko" to zbiór kilku opowiadań o tematyce miłosnej, związków damsko - męskich i emocji z tym związanych.
Czytając te opowiadania miałam wrażenie, że to już było. Miałam swoiste deja vu,aż w końcu wpadłam na to, że ja to już czytałam. Zaczytywałam się w Wiśniewskim kilka dobrych lat temu, wtedy jego proza mnie zachwycała, wręcz wbijała w fotel. A później coś się zmieniło. Dojrzałam? Autor stał się zbyt przewidywalny, a przez to banalny i nudny? Nie wiem.. Samotność w sieci, Los powtórzony, MArtyna, Zespoły napięć - to powieści, które mnie kiedyś oczarowały.. Z czasem jednak, straciłam zainteresowanie Wiśniewskim, po kilku krótkich powiastkach 'pisanych dla pieniędzy'.
"Łóżko" też niestety do takiej prozy należy. Krótkie opowiadania ani nie wzruszają, ani nie powalają, nic nie wnoszą, ot jakbym przeglądała jakieś czasopismo i dla zabicia czasu przeczytała tam jakieś opowiadanko pisane na kolanie.
Wróciłam do prozy Wiśniewskiego po latach, z czystej ciekawości. Czy mnie jeszcze rusza styl pisania J.L.Wiśniwskiego? Czy przeżyję takie rozdarcie emocjonalnie, jak niegdyś czytając "Samotność w sieci"? Niestety nie..
To już nie ta proza co kiedyś. Ten zachwyt, zauroczenie, gdy czuło się słowa tuż pod skórą długo po przeczytaniu książki. Na bieżąco zapisywałam cytaty z "Losu powtórzonego" czy "Samotności w sieci". Tu nie miałam czego zapisywać. Wszystko już znane, oklepane zwroty, zbyt emocjonalne, płaskie wręcz. Kobiety nie są aż tak naiwne i aż tak rozdarte emocjonalnie;> Potrafią obiektywnie spojrzeć na świat, a nie jak panu Wiśniewskiemu się wydaje, oddawać całą siebie w imię miłości, gdzie ta miłość przesłania im realne widzenie świata. Mężczyźni u Wiśniewskiego, też są ciągle tacy sami.. Tajemniczy, do bólu inteligentni, w dodatku emocjonalni i wrażliwi.. To już dla mnie staje się nudne, banalne, schematyczne.. Szukam w literaturze czegoś prawdziwego, co będę czuć pod skórą /To notabene też ulubiony tekst pana Wiśniewskiego, który znajdziecie tu w co najmniej w 2 opowiadaniach;)
Cóż mogę powiedzieć, jeśli ktoś lubi taką literaturę, na wskroś emocjonalną, o bujaniu w obłokach to pewnie znajdzie tu coś dla siebie. Ja nie znalazłam i na długo będę stronić od książek tego pana.

wtorek, 5 marca 2013

Z dedykacją.. dla siebie i wszystkich, którzy tego potrzebują :-)


Mam kryzys;>
Ciągle nie mogę się ogarnąć. Nadmiar obowiązków w pracy mnie dobija. Po pracy zaś wracam tak wykończona /sponiewierana/, że nie mam sił. I najczęściej zasypiam nie zrobiwszy niczego z rzeczy, które sobie zaplanowałam. Tu nawet metoda małych kroczków nie pomaga, bo zjem obiad, załączę serial i odpadam. Nie poćwiczyłam wczoraj, nie ogarnęłam jednej półki w szafie, nie spisałam listy to do na marzec, nie przeczytałam ani jednej strony fajnej książki, którą teraz czytam. Spałam smacznie od 18 do 20:30;> Koteczek spał ze mną. Widać taki czas... Tak, wiem, że przesilenie wiosenne, że większość tak ma, ale nie pociesza mnie to.. Ja chcę żyć, a nie przesypiać życie;)
Za to weekend był piękny i całkowicie po mojejmu. Przeczytałam 2 książki, wyspałam się! :) upiekłam murzynka i trochę ogarnęłam mieszkanko /tak, że wygląda teraz jak mieszkanie człowieka;>.
Podstawa do dalszych porządków, bo w planie mam generalne wiosenne porządki do końca marca.
No i zafundowałam sobie piękny spacer! Pogoda była cudna, więc grzechem byłoby nie skorzystać.
Oto fotki! Tam czułam się wolna! Szczęśliwa wręcz! 4km po górach dolinach w 1,5h z przerwami na kontemplowanie widoków. Pięknie było! Chcę więcej takich spacerów:)
BO ŻYCIE PRZECIEŻ PO TO JEST ŻEBY POŻYĆ! :-)

sobota, 2 marca 2013

Niech ktoś zatrzyma wreszcie czas..


ja wysiadam... ;)
Długo mnie znów nie było.. Miałam urlop, później trochę zaległości w pracy, a do tego mała choroba, która zabierała mi resztki sił. Luty okazał się ciężkim miesiącem, ale na szczęście już minął;)
Nie powiem, był fajny, ale też było dużo pracy, dość intensywnych ćwiczeń, a przy tym mało sił. Pewnie to wina zimy. Chciałabym więcej, przeskoczyć siebie, a organizm mi na to nie pozwala. No ale.. metoda małych kroczków i nic na siłę.
Jakoś ciągle mam pretensje do siebie, że jestem niezorganizowana i nie daję rady wypełnić swojego plany w 100%. Jednak pracując do godziny 16tej czasu pozostaje niewiele na swoje sprawy.
Staram się codziennie ćwiczyć minimum! z pół godzinki. Ćwiczę z Chodakowską już od końcówki zeszłego roku, a od niedawna z Jillian Michaels. Po 11 dniach z Jillian chyba wrócę do Chodakowskiej. Jillian daje wycisk, a moje stawy tego nie wytrzymują.
Poza tym zaprzyjaźniłam się z bohaterami serialu Downton Abbey i już nie wyobrażam sobie bez nich dnia;)

Gotowanie obiadu po pracy, sprzątanie, ogarnianie, ćwiczenia, serial, kąpiel.. i już mało czasu zostaje na czytanie. Tak bym chciała umieć czytać szybciej. Tyle książek, które chciałabym przeczytać, a mam wrażenie, że czytanie idzie mi tak wolno..
W dodatku w lutym miałam ponad tydzień wyrwany od czytania. Na ferie przyjechała do mnie 7letnia siostrzenicą i z nią to była jazda bez trzymanki. Basen, spacery, kino.. dzień w dzień coś robiłyśmy i wieczorem to padałam już o 21szej jak nie ja. W dodatku przed nią, ona by jeszcze była w stanie coś porobić;>
Ale fajnie było, przynajmniej się trochę rozruszałam. Basen to super sprawa, szkoda, że nie mam z kim chodzić.







Ja też zaliczyłam kilka zjazdów ;)



Generalnie nacieszyłyśmy się ładną zimą. Pięknie było i pogoda dopisała.





i tak pisząc tą notkę nagle z 21szej zrobiła się 23cia;> Czy tylko ja żyję w jakiejś przyspieszonej strefie czasowej?:D
Nie wiem co się dzieje z szablonem blogspota, ale do tej pory nie miałam problemów z umieszczaniem tekstu między zdjęciami. Teraz porobiło się coś takiego dziwnego. Mam nadzieję, że przymknięcie na to oko:>
Pozdrawiam wszystkich i do napisania niedługo. Chcę mieć czas i na bloga też. Mam nadzieję, że w marcu będzie już lżej i wszystko co sobie zaplanowałam wypełnię :>

wtorek, 12 lutego 2013

A między nami ocean...


"Sposób w jaki spędzasz każdy kolejny dzień, kiedyś zsumuje się na sposób w jaki spędziłeś życie."

Lubię powieści obyczajowe, a po ciężkich, kryminalnych powieściach, w których ostatnio się lubowałam, uznałam, że najwyższy czas na coś lżejszego. Książka Susan Wiggs trafiła do mnie w tym czasie jak na zamówienie. Znalazłam w niej relaks i ukojenie - wzruszyłam się, ale też wyciszyłam i znalazłam w niej tematy na refleksje. To piękna opowieść o miłości i życiu na odległość, o podejmowaniu trudnych decyzji, o dojrzewaniu, a także o godzeniu się ze swoim wiekiem, o pracy nad sobą, o podążaniu za własnymi marzeniami. Jednym słowem to książka jakie lubię - o życiu.
Powieść ta opowiada o życiu jednej z wielu rodzin związanych z marynarką wojenną. Grace od lat podąża za mężem, godzi się na liczne przeprowadzki, nie ma pracy, bo zajmuje się trójką dzieci. Karierę robi jej mąż i wszystko jest temu podporządkowane. Nadchodzi jednak taki czas, tuż przed 40tką Grace, że kobieta zaczyna analizować swoje życie. Nie chce już dłużej być 'niewidzialna', chce stworzyć coś swojego, żyć po swojemu, a nie pod dyktando pracy męża. Przypadkowo znajduje dom, którym jest zauroczona, już od przekroczenia jego progu. Ma świadomość jednak, że nie może sobie na niego pozwolić, bo praca męża, bo ciągłe przeprowadzki, bo mąż nie wyraża zgody na lokowaniu oszczędności w dom.. Właścicielką tego domu jest kobieta, której Grace przypadkiem pomaga w zmaganiach z firmą przeprowadzkową. Kobieta ta dostrzega w Grace potencjał, w zamian za pomoc chce stworzyć Grace stronę internetową i namawia ją do założenia firmy zajmującej się przeprowadzkami. Tymczasem w małżeństwie Grace piętrzą się nieporozumienia i spięcia. Tuż przed kolejną wyprawą męża Grace, nagle pojawia się jego syn, o którym on nie miał pojęcia. To powód do dość poważnego kryzysu w małżeństwie.. Pierwszy raz od lat Steve, mąż Grace, wyrusza w morze, gdy w ich małżeństwie pojawiły się problemy. W Grace coś pęka, zapisuje się na aerobic, otwiera firmę, szybko pozyskuje pierwszych klientów z uwagi na doświadczenie w przeprowadzkach, poznaje nowych ludzi, a nawet... kupuje dom, bez zgody męża. Zauważamy tu swoiste przebudzenie kobiety 'kury domowej' w kobietę, która wie czego chce, zaczyna żyć swoim życiem. Bardzo mi się podobała ta przemiana u Grace. Daje ona motywacje i nadzieję, że każda kobieta jest władna coś zrobić ze swoim życiem, w każdym momencie swojego życia. TRZEBA TYLKO CHCIEĆ~!
Grace zamienia się w pewną siebie, przedsiębiorczą kobietę, jej dzieci dojrzewają, aklimatyzując się w nowym środowisku, mając swoje upadki i wzloty. Tymczasem pewnego dnia ich życie zmienia wiadomość o poważnym wypadku na morzu, w jednostce, gdzie służył Steve..

Książkę czyta się szybko, z przyjemnością. Szybko zżyłam się z bohaterami, kibicowałam Grace, trzymałam kciuki za rozkwitający związek Lauren i nowego syna Steva, martwiłam się podczas katastrofy na morzu. Książka naprawdę wciąga! Ale mam jedno 'ale' Jak dla mnie zbyt idealna historyjka. Ta powieść to taki typowo idealny obrazek rodem z amerykańskich filmów. Przedstawienie rodziny, sytuacji, później pojawia się problem, oczywiście wszyscy sobie świetnie radzą i wszystko dobrze się kończy i na koniec i żyli długo i szczęśliwie;> Tego nie lubię w powieściach. Chcę mieć choć odczucie, że taka powieść jest naprawdę z życia wzięta, a ta jak dla mnie skończyła się banalnie i końcówka była trochę przelukrowana. Mimo wszystko polecam. To dobra powieść na chwile oderwania się od codzienności.

wtorek, 5 lutego 2013

Życie Pi - film


Ostatnio nie idzie mi czytanie. Przeczytam parę stron i zasypiam. A jeszcze pomaga mi w tym mój kotek. Co wezmę książkę do ręki, to za chwilkę on się pojawia i robi sobie legowisko centralnie na mojej książce;) Za to bardzo dobrze ogląda mi się ostatnio filmy. Chcę obejrzeć wszystkie filmy nominowane do Oscara i jak na razie jestem już dalej niż w połowie. Kotek ogląda ze mną, leżąc mi na klatce piersiowej i obłędnie mrucząc:) Obejrzałam w styczniu parę godnych polecenia filmów. Ale dziś skupię się na tym. Ten film mnie urzekł, powalił na kolana, absolutnie zachwycił!
Życie Pi - film tak wyśmiewany na przeróżnych forach, że aż się nim zainteresowałam:> Z przekory oczywiście. Czytałam opinie, że to film o niczym, o facecie w łódce i nic poza tym, że przez cały film nic się nie dzieje. Nic bardziej mylnego. Wiecie co? Zdarza mi się przysnąć i na filmach i często oglądam je na dwie raty. Ale ten film oglądałam z zapartym tchem bite dwie godziny! Zapewne na moje zainteresowanie filmem złożyły się przepiękne obrazy. Film jest w pięknych intensywnych barwach. Bajkowy wręcz. Poza tym jest przedstawiony w formie opowieści. Pi opowiada swoją historię autorowi książki - Martelowi.

Pi Patel jest synem właściciela zoo. Mieszka wraz rodzicami i bratem w Indiach. Z uwagi na ciężką sytuację ekonomiczną rodzina postanawia przenieść się na drugi koniec świata, bo aż do Kanady. W trakcie podróży morskiej pojawia się groźny sztorm i statek tonie. Pi ratuje się w niewielkiej szalupie ratunkowej. Znajduje się na środku Oceanu Spokojnego w towarzystwie hieny, orangutana, zebry i tygrysa bengalskiego o imieniu Richard Parker. Rozpoczyna się walka o przetrwanie.

Film ten, jest przede wszystkim filozoficzną opowieścią o poszukiwaniu sensu, o znaczeniu wiary i potęgi przyrody. Główny bohater od samego początku styka się poprzez różne wydarzenia życiowe z innymi odłamami religii od hinduizmu poprzez islam na katolicyzmie skończywszy. Przede wszystkim to bohater poszukujący. Od dziecka nie boi się zadawać pytań o sens życia, o sens wiary w Boga. Przy czym autor w żadnym momencie filmu nie stawia żadnej z religii na uprzywilejowanym miejscu i to jest wspaniałe. Zdziwiłam się, tym, iż jego rodzice są ateistami i nie wywierają na swoje dzieci żadnej presji religijnej. Dają im wolny wybór, pozwalają na poszukiwania. Przy okazji ojciec Pi daje mu cenne życiowe lekcje, które mu się przydały bardzo w późniejszym życiu, w walce o przetrwanie. Potęga przyrody ukazana jest w tym filmie przepięknie! W wielu ujęciach ukazane jest jak maluczki jest człowiek wobec potęgi przyrody, o czym w dzisiejszych czasach tak trudno nam pamiętać...



Dla mnie osobiście to film o walce z samym sobą, walce ze swoimi słabościami. To przepiękny film pokazujący co w życiu jest ważne, o afirmacji życia, o tym, że warto je doceniać w każdej chwili. Mamy tu wiele symboliki. Np. walka z tygrysem to walka z samym sobą.
Ale nie będę tłumaczyła o czym ten film jest. Bynajmniej nie chodzi tu o chłopca dryfującego na łodzi ratunkowej z tygrysem;> Obejrzyjcie sami. Naprawdę warto. Myślę, że końcówka was zadziwi i da do myślenia, podobnie jak mi. Jestem pod wielkim wrażeniem tego filmu.
Wzruszył mnie ten film. Chłopiec jeszcze, a już rzucony przez los na głęboką wodę. Dosłownie i w przenośni. Stracił wszytko co kochał, a mimo to walczy, walczy z przeciwnościami losu, nie poddaje się. Tęskni za rodziną, za mamą, za bratem, często płacze, sam, bezsilny na środku oceanu. Skazany na łaskę i niełaskę losu, Boga?

"Życie to jedna wielka seria rozstań. Ale najbardziej rani, brak chwili pożegnania."